Intencje mszalne


 
     
     
 


SOARIFINE – misjonarka z szałasu

Soarifine ma ok. 13 lat. Około – bo rodzice nie znają dokładnej daty jej urodzin. Dziewczynka mieszka w szałasie. Śpi na ziemi, tuż obok dwóch braci i trzech sióstr. Budzi się codziennie rano, około godziny 5, około – bo rodzina nie ma zegarka, więc nie są w stanie stwierdzić dokładnie, która jest godzina. Czy to prawda? Nie do końca. Ich dzień zależy od wschodu i zachodu słońca i doskonale się orientują… Kiedy dzieci śpią, mama jeszcze w ciemnościach rozpala małe drewienka, by zrobić ogień. W ich jedynym garnku gotuje ryż, aby dzieci poszły najedzone do szkoły. Jak co rano dolewa więcej wody, by zrobić „vary sosoa”, taki jakby rozgotowany ryż – kleik, który powszechnie zjada się na śniadanie. No właśnie – do szkoły. Dzieci jako jedyne z okolicy poszły do szkoły. Rodzice, którzy nie potrafią pisać i czytać, mimo wszystko czują, że to bardzo ważne, by ich dzieci się uczyły. Z drugiej strony – czują presję sąsiadów mieszających w okolicznych chatkach, którzy nadal szkołę uważają za coś zbędnego, a na liczby i litery patrzą jak na magiczne znaki. Ci sąsiedzi wiedzą doskonale, że kur mają tyle, co palców u jednej ręki, a dzieci tyle, co palców u dwóch rąk…

Rodzice Soarifine są jednak inni. Odkryli już, że przez edukację można coś zmienić, wierzą głęboko, że wiedza zdobyta w szkole pomoże ich dzieciom w przyszłości. Zaakceptowali to, że sami muszą pracować w polu, mimo że sąsiedzi pracują z całą rodziną. Ale są dumni, że kiedy oni po kolana w błocie sadzą ryż, ich małe dzieci siedzą w ławkach i uczą się pisać i czytać – poznają nowy świat, którego oni niestety nie mieli szansy poznać.

Soarifine budzi się zazwyczaj pierwsza, potem jej rodzeństwo. Wszyscy w ciemnościach nocy czują dym palących się drewienek. To znak, że mama gotuje śniadanie. Czas zbierać się do szkoły.

Najstarszy chłopiec ściąga z wbitego wysoko na belce stropu gwoździa tornistry. Trzeba je tam wieszać na noc z obawy przed szczurami, które nie przepuszczą żadnej okazji, by dobrać się do pachnących zeszytów i szkolnych przyborów. Nieraz już zdarzyło się, że zeszyt czy dzienniczek ucznia stał się pożywką dla wygłodniałego gryzonia.

Nagle słychać stukanie cynkowej łyżki – ryż już jest ugotowany. Mama nakłada każdemu sporą porcję. Dzieci zjadają z apetytem. Kiedy tacie uda się sprzedać część plonów, do ryżu jest dodana nawet łyżeczka cukru, ale to rzadkość.

Najedzone ruszają do szkoły. Mają do pokonania ok. 3 km. Randriamifaly niesie tornister młodszej siostry Romaine, która od tego roku również poszła do zerówki. Dziewczynka nie jest jeszcze przyzwyczajona do długiego marszu. Często zdarza się, że kiedy jest zmęczona, chłopiec niesie ją na swoich barkach. Lafosy jest trochę starsza i nieraz narzeka w drodze, ale już zbyt ciężka, by ją nieść. Nagle zaczyna padać – no tak, w końcu to pora deszczowa. Dzieci wędrują w strugach lejącej się zewsząd wody. Najbardziej martwią się, by nie zamokły im zeszyty. Swoje gumowe klapki niosą w rękach. Zakładają je dopiero przed szkołą, by – jak jednogłośnie twierdzą – „starczyły na dłużej”. Są bardzo skromne i nigdy o nic nie proszą. Nawet kiedy po raz kolejny już naprawiany parasol zniszczył się ostatecznie na silnym wietrze – dzieci szły w czwórkę pod drugim, który był jeszcze w stanie użytku.

Lekcje zaczynają o 7.30. Dzieci w szkole uczą się pilnie. W ubiegłym roku szkolnym zajęły pierwsze miejsca w swych klasach. Wszyscy są z tego bardzo dumni – rodzina tu – na Madagaskarze i ta w Polsce, dzięki której dzieci mogły pójść do szkoły, by zdobywać wiedzę. W południe przychodzą do kantyny. Apetyty dopisują. Po obiedzie wraz z wszystkimi dziećmi sumiennie wykonują swoje codzienne obowiązki: myją i wycierają naczynia, zamiatają. Potem jest czas na wspólne odrabianie lekcji. Zawsze są bardzo sumienne i obowiązkowe. W ich szałasie nie ma nawet stołu, a uczą się wspólnie przy jednej świeczce. Są bardzo życzliwe i uśmiechnięte. Bardzo się już z nimi zżyliśmy i bez naszych „wędrowników” kantyna nie byłaby już taka sama.

Jakie było moje zdziwienie, gdy pewnej niedzieli zobaczyłem ich wszystkich o 6 rano na Mszy Świętej. Od tego dnia przychodzą co tydzień. Jest ich zawsze duża grupa, gdyż Soarifine zbiera dzieci z sąsiednich domów. Dzieci, szczególnie te, które uczestniczą we Mszy po raz pierwszy, z otwartymi buziami rozglądają się ciekawie po kościele, podziwiają figury świętych. Kiedy któreś z dzieci jest już zbyt ożywione, zostaje szybko sprowadzone do porządku srogim wzrokiem lub chrząkaniem dziewczynki.

Wieczorem w domu, przy świetle płomieni pod gotującym się ryżem, dzieci opowiadają z przejęciem o tym, co działo się w szkole, co widziały i czego się nauczyły. Randriamifaly zazwyczaj masuje zbolałe od pracy ramiona taty, na którego kolanach siedzi najmniejsza dziewczynka. Nagle tato zaczyna opowiadać. Dzieci z jeszcze większym niż w szkole skupieniem, wpatrując się w ogień, słuchają powoli i z naciskiem wypowiadanych słów – historii o przodkach i o tym, jak powinno się postępować, by być dobrym człowiekiem. Wszystko to, co tato usłyszał od swojego ojca.

Po kolacji przy płomieniu świecy odrabiają ostatnie zadania i powtarzają lekcje. Rodzice z zainteresowaniem przeglądają wraz z dziećmi zeszyty. Ostatecznie spakowane tornistry wędrują na gwóźdź. Potem układają się obok siebie do snu. Rano przecież trzeba wcześnie wstać do pracy i do szkoły.

Randriamifaly jest świetnym matematykiem, Soarifine doskonale czyta i pisze, z kolei Lafosy ładnie maluje, a mała Romaine pięknie śpiewa. Kim będą te dzieci w przyszłości? Zobaczymy, czas pokaże!

                                                                   o. Dariusz Marut CSSp