| Ludzie chorzy i cierpiący skarbem Kościoła
|
Kiedy co miesiąc przystępuję do
sakramentu pojednania, mój spowiednik
mówi: Jasiu, ty tego już nie
mów. A ja na to: Ojcze, ale ja znowu…
Powiedz mi, kiedy przestanę
w tym względzie grzeszyć? Więc on
mi odpowiada: Nie martw się, już
niedługo – 5 minut po śmierci.
Żal mi ludzi, którzy myślą, że nie
mają grzechu. Im Pan Bóg jest niepotrzebny.
Oni nie mają po co do
kościoła przychodzić. Ale przecież
Jezus mówi: Ja przychodzę do tych,
którzy się źle mają. Nie potrzebują
lekarza zdrowi. W kościele jesteśmy
jak w najdoskonalszej uczelni
świata, z której mogą korzystać
wszyscy: analfabeci, paralitycy,
głuchoniemi. Wystarczy przyjść
przed Najświętszy Sakrament i -–
broń Boże – nic nie mówić, bo przecież
On wszystko o nas wie. Jeden
z największych błędów, jaki popełniamy,
to przychodzenie do Niego -
nawet częste - ale po to głównie, by
On spełniał naszą wolę. Mało kto
przychodzi, żeby posłuchać.
Tymczasem trzeba poczekać czasami
5 minut, a czasami godzinę,
ale jeszcze się nie zdarzyło, aby
nie spłynęła jakakolwiek informacja,
która jest mi potrzebna w tym
momencie. Bo całe nasze życie
składa się z takich właśnie momentów.
„Teraz” jest największym wydarzeniem
w moim życiu, bo nikt
z nas nie wie, czy obudzi się jutro
i może to ostatnia szansa przeżycia
najpiękniejszej, tej właśnie teraz
mijającej ostatniej godziny przed
Najświętszym Sakramentem.
Nie ma nic gorszego jak „letni”
chrześcijanin. Czytałem w Apokalipsie,
że Pan Bóg powiedział, że
musisz być albo gorący, albo zimny.
Jeśli będziesz letni, wypluję Cię z
moich ust… Nie ma nic gorszego,
jak letni chrześcijanin. Pan Jezus,
kiedy miał do wykonania coś ważnego
w swoim życiu - czy to chodziło
o rozmnożenie chleba, uciszenie
burzy na morzu czy wskrzeszenie
córki Jaira - zawsze usuwał
się sam na całonocną modlitwę.
Niesamowite, że Matka Teresa
z Kalkuty w swoim zakonie wprowadziła
taki zwyczaj – jeżeli nie
wiesz, jaką decyzję podjąć, spędź
noc przed Najświętszym Sakramentem,
a rano gwarantuję Ci, że
podejmiesz właściwą decyzję.
Pan Jezus wziął ze sobą trzech
tylko wybranych uczniów: Jana,
Jakuba i Piotra na górę Tabor – na
przemienienie, na
wskrzeszenie córki
Jaira i na ostateczną
modlitwę
w Ogrójcu.. Podejrzewam,
że
pozostali nie wytrzymaliby
tego
obrazu. Bo po
jakimś czasie
Pan Jezus budzi
ich i mówi: Nawet
jednej godziny
nie mogliście
tu ze mną czuwać,
tylko śpicie?
I nagle otwierają
oczy i widzą
przed sobą człowieka,
który był
największym autorytetem,
jeszcze
do wczoraj
mógł wszystko,
mógł rozmnożyć
chleb, wskrzesić
umarłego… I nagle ten ich mistrz
stoi nad nimi cały blady, zalany
krwawym potem.
Na tej ostatecznej modlitwie przystępował
do niego anioł, to wiemy
z pieśni wielkopostnych, ale przystępował
również szatan, który mówił
do Niego: Słuchaj no, to Twoja
wina. Te tysiące ludzi, które potopiły
się w garażach dla uratowania
jednego człowieka – to Twoja
wina. Albo te tysiące męczenników
dla wskrzeszenia dwóch tysięcy lat
chrześcijaństwa – to Twoja wina.
Nic tak nie boli jak niewinne zarzuty.
I Pan Jezus pyta: Zastanów się
czy chcesz zostać chrześcijaninem,
czyli moim naśladowcą? Bo nie musisz.
Nigdzie nie jest powiedziane,
że nagle cały świat musi być chrześcijański.
Czy chcesz iść za mną?
Czy chcesz naprawdę ze mną zbawiać
świat? Czy chcesz przyjąć na
siebie niesprawiedliwość i nienawiść
świata?
Ciekawa w tym względzie jest historia
św. Franciszka i wilka z Gubbio.
Przełom XII i XIII wieku, wioska
na południu Italii. Dzikie lasy
i dzikie zwierzęta. W watasze wilków
był jeden bardzo niebezpieczny.
Jeśli ktokolwiek szedł do lasu,
musiał zabierać ze sobą widły albo
grabie, żeby móc się bronić. I nagle
do tego lasu idzie biedaczyna na
bosaka. Oczywiście, spotyka wilka
i mówi: Bracie wilku! Jakie ty jesteś
piękne stworzenie Boże! O Panie
mój, jakże się cieszę, jak Ci dziękuję
za to, że postawiłeś na mojej drodze
tego pięknego brata. Bracie, jaki ty
jesteś piękny, jaki ty jesteś dobry.
Ja nie rozumiem dlaczego ty się nie
możesz dogadać z mieszkańcami
wioski… I wilk zgłupiał. Usiadł,
oczy wyszły mu z orbit, szczęka
opadła. To był pierwszy człowiek,
który wyszedł do niego bez grabi.
Gdyby tylko św. Franciszek przez
ułamek sekundy pomyślał, że to jest
dziki i niebezpieczny zwierz, ten na
pewno by go zaatakował. Stąd dla
mnie nauka, choć różni filozofowie
mogą się z tym nie zgadzać, że
jeżeli ja kogoś lubię, to nigdy nie
przyjdzie mi do głowy, że ten ktoś
może mnie nie lubić.
To odkrycie towarzyszy mi kiedy
zaczynam rozważać tajemnice bolesne:
Ojcze, jeżeli możesz, to odsuń
ode mnie ten kielich, ale nie moja,
ale Twoja wola niech się stanie. Bo
nie ma nic lepszego na niebie i ziemi
jak święta wola Boża.
Ktoś mądry wymyślił, że siłą
chrześcijaństwa są ludzie chorzy,
cierpiący, opuszczeni. Dlatego, że
modlitwa człowieka chorego ma
o wiele większą moc niż człowieka
zdrowego. Całe zgromadzenie
Matki Teresy z Kalkuty jest zbudowane
na modlitwie osób chorych,
cierpiących, które ofiarowują swoje
cierpienie w intencjach poszczególnych
sióstr tego zgromadzenia.
Jeżeli więc chcesz osiągnąć w swoim
życiu jakikolwiek sukces, musisz
sobie znaleźć jakiegoś chorego,
który będzie się za ciebie modlił.
A czego od nas najbardziej
oczekują chorzy, opuszczeni, cierpiący?
Naszej wizyty. Największy
dar, jaki możemy dać choremu
człowiekowi, to nie zdrowie, ani
pieniądze, tylko swój czas. Oni potrzebują
się wygadać.
Przed kilku laty prowadziłem rekolekcje
w zakładzie karnym.
W pewnym momencie wstaje więzień,
nieco młodszy ode mnie, koło
pięćdziesiątki, i mówi: Mam na
imię Staszek. Ja też gram na bębnach.
Dwadzieścia lat grałem dla
Skandynawów. Znam wszystkie
twoje nagrania, nie tylko ze Skaldów,
ale szczególnie płyty jazzowe,
bo z nich uczyłem się grania
na bębnach. Największe święto, jakie
przeżyłem, było wówczas, kiedy
zostałeś ogłoszony perkusistą
roku. Chodziłem wtedy po wszystkich
knajpach w Skandynawii i pokazywałem
gazetę, mówiąc, że uczę
się właśnie od tego gościa. I nagle
w latach 80. gruchnęła wiadomość:
Budziaszek zwariował. Interesuje
go tylko kościół i różaniec, nie
można się z nim dogadać. W ogóle
w to nie wierzyłem, do Polski
dzwoniłem, pisałem, a tam to samo
– Budziaszek zwariował. Koniec,
nie ma w ogóle gościa, spodnie na
kolanach powycierane od klęczenia.
Płakałem jak dziecko. Świat
mi się zawalił. Kogo ja teraz będę
słuchał? Od kogo teraz będę się
uczył? Chyba sam przestanę grać
na tych bębnach… A dziś, słuchając
tych rekolekcji, wiem na tysiąc
procent, że nie ma przypadków na
tym świecie. Za kilka dni wychodzę
z kryminału. Stwierdzono u mnie
raka prostaty i nie chcą mnie trzymać
w tym więziennym szpitalu
- wyrzucają na wolność. Ale opowiadałeś
w czasie tych rekolekcji,
że modlitwa człowieka chorego ma
większą moc niż człowieka zdrowego.
Oświadczam, że do końca moich
dni będę codziennie modlił się
za ciebie… Nie da się przełożyć na
ludzki język, co wtedy poczułem.
Cieszcie się i radujcie, jeżeli cokolwiek
złego spadnie na was z powodu
mojego imienia. Najbardziej
bolesne jest wyszydzenie z powodu
Chrystusa. Dochodzimy do tego już
teraz w Polsce. Jeżeli nie poczujesz
na swoim organizmie wyszydzenia
z powodu Chrystusa, to znaczy,
że ci jeszcze daleko do Jego drogi.
A Pan Jezus mówi: Szczęśliwi jesteście!
Błogosławcie tych, którzy was
nienawidzą. Módlcie się za tych,
którzy was zabijają.
Tuż po wybuchu stanu wojennego,
kiedy cała opozycja była w Kościele,
rozmowa o Bogu, o Matce Najświętszej
– Naszej Królowej była
czymś normalnym. A dzisiaj, kiedy
przyszła wolność, stałem się dla
niektórych polityków obywatelem
drugiej kategorii, moherowym beretem,
z którym nie warto rozmawiać.
Pan Jezus mówi: Cieszcie się
i radujcie się!
O, Jezu, Mistrzu mój, powiedz
mi, dlaczego dałeś się tak kopać,
szydzić, pluć, a ja mam Ciebie naśladować?
Świat proponuje mi zupełnie
inną ścieżkę do szczęścia.
Dlaczego ja mam Ciebie naśladować?
Mistrzu jakże to trudne, ale
mimo wszystko ufam Tobie. Jezu,
kocham Ciebie. Jezu, prowadź
mnie! Dotknij mnie! Poślij mnie.
Jezus mówi: Zaufaj mi! W końcu
Jam zwyciężył świat. Nie ma innej
możliwości. Jak mnie prześladowali,
to i was będą prześladować!
Jezu, ufam Tobie.
Jan Budziaszek
|