Intencje mszalne


 
     
     
 
11 lat wśród Arabów

Nazywam się Marc Botzung, jestem Francuzem, duchaczem, mam 44 lata, wstąpiłem do zgromadzenia w wieku 18 lat. W czasie formacji byłem stażystą w Algierii, po święceniach dwa lata studiowałem w Rzymie islam i uczyłem się języka arabskiego. Potem wyjechałem na misje do Afryki. Pracowałem w fundacji Fano, która obejmuje cztery kraje: Gwineę Visao, Gwineę Osakwi, Senegal i Mauretanię. Przez sześć miesięcy przebywałem w Senegalu, a następnie 11 lat pracowałem w Mauretanii. Z racji formacji i doświadczenia, jakie posiadam, przełożeni mianowali mnie koordynatorem dla pracujących wśród islamu. Od trzech lat prowadzę we Francji animację powołaniową.

Jakie były początki Ojca powołania?.

Z pewnością duże znaczenie miało to, że moja rodzina od dawna miała bliskie kontakty z duchaczami i już jako mały chłopiec poznawałem misjonarzy przybywających z różnych stron świata, przez co otwierałem się na różne kultury. Mój staż w Algierii był również owocem tych spotkań i przeżyć.

Czym różni się powołanie misyjne od powołania zakonnego czy diecezjalnego?

Wspólnym punktem jest miłość do wszystkich ludzi i Ewangelii Chrystusowej. Głosić Chrystusa można w sposób zróżnicowany. Powołanie misyjne w pewnym sensie wiąże się z odkrywaniem rzeczy nowych i z pewną przygodą. Chodzi tu nie tyle o przemieszczanie się, ale przede wszystkim o otwarcie na innego człowieka, inną kulturę. Z pewnością dokonuje się w związku z tym bardzo duża przemiana w człowieku, który uczy się nowego języka i funkcjonowania w nowej rzeczywistości. Istnieje pewne ryzyko związane z tym „wyjściem” – otwarciem ku innym, ale z drugiej strony to olbrzymie bogactwo i dostrzeżenie tego, że Chrystus jest zbawcą wszystkich ludzi. Trzeba być Grekiem dla Greków, a czarnym dla czarnych, jak uczą św. Paweł i nasz ojciec Libermann. Każdego misjonarza powinno charakteryzować wyjście ku innym i jednocześnie – zgodnie ze słowami proroka Izajasza – głoszenie dobrej nowiny ubogim.

W Europie zmniejsza się liczba powołań. Czy może się zdarzyć, że zaczną do nas przyjeżdżać misjonarze z innych kontynentów?

Może w Polsce nie jest to jeszcze tak widoczne, ale we Francji często już się zdarza. Kiedyś ten kierunek ewangelizacyjny był jeden – z Europy do różnych części świata. Teraz następuje „wymiana międzykontynentalna” – przenikanie się różnych kultur w duchu Ewangelii. To jest rzecz dobra, pokazująca uniwersalność Kościoła. Chociaż istnieje też pewne ryzyko polegające na tym, że skoro inni do nas przyjeżdżają, to my czujemy się zwolnieni i nie musimy już nic w tej sprawie robić. Jednak Pan Jezus każdemu stawia określone zadania. Czyli odpowiedzialność za misje w Europie najpierw spada na barki Europejczyków. My sami musimy najpierw zadbać o prawdziwe oblicze Kościoła europejskiego. Powiem więcej – ta odpowiedzialność spada na nas, ale nasza praca powinna wychodzić poza nasz kontynent. Ubogacamy się w momencie, kiedy coś z siebie dajemy. Symbolicznie można powiedzieć, że świeże powietrze dla Kościoła przychodzi z miejsc, w których pracują misjonarze. Czyli żywotność danej wspólnoty zawiera się w wysyłaniu misjonarzy poza granice – w tym przypadku z Europy na inne kontynenty.

Pracuje Ojciec w animacji powołaniowo- misyjnej. Czy nasze Zgromadzenie ma konkretną wizję odnawiania powołań w przyszłości?

Sytuacja jest różna i zależna od kontekstu danego kraju. Na przykład w Polsce – tak sądzę – miejscami zdobywania powołań są najczęściej parafie. We francuskim Kościele jest mało młodzieży związanej z parafią. To nie znaczy, że nie ma młodzieży chrześcijańskiej, ale ich wiara manifestuje się na innych płaszczyznach. Czyli animacja powołaniowa musi przebiegać w tej przestrzeni, w której znajdują się młodzi – przez różne pielgrzymki czy naszą obecność podczas Światowych Dni Młodzieży. To są miejsca, gdzie (zapewne nie wprost) część młodych może stawiać pytania dotyczące ich powołania i ewentualnej służby w Kościele. Gdzie indziej młodzi są wyczuleni na świadectwo, a w innych miejscach liczą się małe wspólnoty, które funkcjonują przy duchaczach. Gdy chodzi o Francję, to trzeba zauważyć, że średnia wieku wstępujących do zgromadzenia to 27-28 lat. Czyli decyzja o wybraniu drogi zakonnej nie dokonuje się od razu po maturze, ale po 4-5 latach. To są wspólnoty dla studentów blisko domów duchackich.

Te grupy liczą najczęściej 5-8 osób w wieku 18-30 lat. Jeden lub dwóch duchaczy raz w tygodniu je z nimi posiłek i podejmuje rozmowy i refleksje na temat życia Kościoła czy też tematy związane z naszym duchackim charyzmatem. Jednocześnie oczekuje się od nich, że przez godzinę w tygodniu podejmą jakąś działalność charytatywną bądź harcerską na rzecz ubogich. Wspieramy ich w otwieraniu się na drugiego człowieka i zaangażowaniu prowadzącym do obudzenia w nich dobrych chrześcijan. Czasami też zachęcamy studentów do zdobycia doświadczenia poza granicami Francji.

Czy jest coś szczególnego, co wyróżnia duchaczy spośród innych misjonarzy zakonnych i diecezjalnych?

Sądzę, że można to ująć w trzech punktach. Pierwszy – to nasza historia. Od ponad 300 lat jesteśmy dziedzicami naszych współbraci, którzy pracowali w różnych miejscach świata. Po drugie – to bogactwo, które pochodzi z tej różnorodności, tzn. zgromadzenie, które niedawno było typowo europejskie, teraz jest coraz bardziej afrykańskie. I wreszcie trzeci aspekt – duchowość naszych założycieli, czyli uwaga skierowana na Ducha Świętego i na znaki czasu, zjednoczenie w Duchu Świętym oraz kroczenie w Duchu Świętym – jak to określił ojciec Libermann – tam, gdzie Bóg chce, żebyśmy działali.

Odbywał Ojciec staż misyjny w Algierii, a potem przez 11 lat pracował w Mauretanii. Na czym polega praca misjonarza w krajach arabskich?

W Algierii – jako stażysta – pracowałem w bibliotece uniwersyteckiej, za którą odpowiadała wspólnota katolicka. Miałem tam kontakt z mieszkańcami, tam też poznałem ojca Mirosława Zabrockiego. Podobała mi się ta praca, a przede wszystkim pociągało mnie dawanie świadectwa przynależności do Chrystusa w miejscu, gdzie był On nieznany lub bardzo mało znany. To specyficzna praca, niektórzy pytają nawet, na ile ma sens dawanie tego typu świadectwa. Jednak jest to też sposób głoszenia Ewangelii, choć nie wprost. Jeśli idzie o Mauretanię, to przez pierwsze 6 lat pracowałem w Naukszot – w stolicy. Jest tam duża, jak na ten kraj, międzynarodowa wspólnota katolicka. Następne 4 lata pracowałem w Atarze, gdzie teraz jest br. Bartek Kaszczyc. Tam praca idzie w dwóch kierunkach. Pierwszy to prowadzenie biblioteki dostępnej dla młodych uczniów i profesorów, gdzie można przekazywać pewną wiedzę chrześcijańską. Drugi – to wprowadzanie przybywających misjonarzy w miejscową kulturę.

Czy jakieś przeżycie misyjne zostawiło niezatarty ślad w pamięci?

Sadzę, że najbardziej uderzyła mnie właśnie ta różnorodność. Wydawało się, że niemożliwe będzie znalezienie wspólnej płaszczyzny, a jednak… W Naukszot, mimo różnicy kultur i języków, zaprzyjaźniłem się z rodziną Mandzak i Abedin. To była bardzo głęboką przyjaźń.

Czy chrześcijanie w Mauretanii są prześladowani?

Można powiedzieć, że prześladowania nie ma. Trzeba jednak zauważyć pewną specyfikę. Konstytucja zabrania przejścia na chrześcijaństwo muzułmaninowi pochodzącemu z Mauretanii. W tej rzeczywistości trudno jest być samotnym chrześcijaninem... Wtedy pojawiają się pytania. Dlaczego jestem chrześcijaninem? Czy w takich okolicznościach warto nim być? Trzeba jednak powiedzieć, że o ile jako zakonnicy angażujemy się na rzecz ubogich i dajemy świadectwo modlitwy swoim życiem, to wówczas doświadczamy akceptacji i szacunku, a nawet jakiegoś wyróżnienia.